Jak jedzą Turcy? Czy jedzenie jest drogie?

Droga Turcja. Tureckie jedzenie w czasach szalejącej inflacji.

Ten wpis jest transkrypcją mojego filmu Youtube który możesz obejrzeć tutaj.

Merhaba! Witam Was bardzo serdecznie. Piszę te słowa świeżo po powrocie z kempingu, na którym byłam z dziećmi i grupą sprawdzonych znajomych – tworzymy taką jedną dużą kempingową ekipę, z którą wyjeżdżamy już od kilku lat. Kto ogląda mój kanał od dawna, ten wie, bo film z kempingu robiłam już chyba nawet dwukrotnie. Jestem ogromną fanką kempingowania, szczególnie w Turcji, gdzie warunki pogodowe naprawdę nam sprzyjają.

Tym razem byliśmy w Anamur, czyli mniej więcej dwie i pół godziny drogi od Alanyi na wschód. Super wypoczęłam. I tu od razu chcę coś podkreślić: Turcja nie stoi tylko hotelami all inclusive. Ja wprost przeciwnie – uwielbiam kemping ze względu na tę wolność, którą daje mnie i moim dzieciom. Wiele nas to uczy i po prostu lubię ten czas, bo potrafię się wtedy naprawdę zresetować. W tej chwili, kiedy piszę, pralka cały czas „leci”, a ja próbuję się ogarniać po wyjeździe.

A dlaczego w ogóle wyjechaliśmy? Bo szkoły, przedszkola i wszystkie oficjalne instytucje są w tym czasie zamknięte z okazji Święta Ofiarowania, czyli Kurban Bayramı. To święto trwa cztery dni, a ponieważ pierwsze dni połączono z tzw. dniami rektorskimi – takimi dodatkowo ustalonymi jako wolne – Turcy zyskali w tym roku aż dziewięć dni przerwy. Warto wiedzieć, że dzień przed świętem, zwany po turecku arefe, jest dniem pracującym tylko do południa. My byliśmy na tym kempingu pięć dni i wszyscy wokół wykorzystali ten czas na odpoczynek albo odwiedziny u rodziny.

Skąd pomysł na ten wpis? Wasze komentarze o „drogiej Turcji”

Postanowiłam napisać kilka słów w nawiązaniu do mojego poprzedniego filmu, w którym spaceruję po sklepie Migros. Pod tamtym nagraniem – bardzo Wam dziękuję za opinie, że bardzo Wam się podobało – pojawiło się mnóstwo komentarzy, które mnie zainspirowały.

Wielu z Was napisało, że po tym markecie widać, jak bardzo Turcja jest droga, jak ci biedni Turcy w ogóle wiążą koniec z końcem i jak trudne musi być życie pełne wyrzeczeń. Było sporo komentarzy w stylu, że jest Wam przykro, że Turcy muszą borykać się z tak ciężkimi warunkami.

Chciałabym to trochę odczarować, bo to nie do końca wygląda tak, jak się Wam wydaje. Już w samym filmie o tym wspominałam, ale – jak to dziś bywa – nie każdy słuchał uważnie, bo w dzisiejszych czasach wszyscy przewijają, oglądają kawałek i od razu komentują.

Po pierwsze: Migros i Carrefour to w Turcji sieci na poziomie delikatesów. To takie sklepy jak polski delikates albo spożywczy trochę wyższego poziomu — kierowane do nieco bardziej zamożnych osób lub do obcokrajowców, choćby ze względu na dostępność alkoholu. To nie jest tak, że to sklepy dla turystów, bo są w całej Turcji, nawet tam, gdzie turystów nie ma. Po prostu to inna kategoria sklepów, do innych ludzi kierowana.

Istnieją natomiast dużo tańsze sieci: BIM, Şok i A101 (czyli „A-Yüz-Bir”, a Şok wymawia się jak „szok”, BIM jak „bim” — tutaj wymowa jest łatwa). To są typowe dyskonty, gdzie ceny są znacznie niższe, a asortyment bardziej, powiedziałabym, turecki. Obiecuję, że jak będzie czas, to się po nich przespaceruję z kamerą i pokażę Wam, jak tam wyglądają ceny i produkty.

Ale to wszystko zainspirowało mnie do czegoś więcej — do pokazania Wam, jak Turcy właściwie jedzą, jakie produkty wybierają i jak dzięki temu radzą sobie w warunkach szalejącej inflacji. Bo inflacja owszem, może troszeczkę zwolniła tempo, ale ceny i tak cały czas rosną jak dzikie. Myślę, że to będzie ciekawe z polskiej perspektywy, bo różnimy się przede wszystkim w doborze bazowych produktów. Gdy patrzymy na ceny w tureckim markecie polskimi oczami, myślimy: „ojej, jakie to drogie!”. A Turcy często danego produktu w ogóle nie jedzą albo jedzą go bardzo rzadko.

Cześć! Jestem Agata. Od 20 lat mieszkam i pracuję w Turcji, w śródziemnomorskiej Alanyi. Dzięki mojej działalności tysiące Polaków zachwyciło się Turcją i pozbyło obaw i stereotypów o tym kraju. Piszę poradniki, nagrywam filmy i prowadzę w Turcji biuro z wycieczkami lokalnymi Alanyaonline.pl.

Inna filozofia posiłku: śniadanie bez kanapek

Pierwsza rzecz, która mnie zawsze uderza, kiedy przyjeżdżam do Polski, to ilość zjadanych kanapek. W Polsce na śniadanie, kolację, do szkoły czy do pracy jemy pajdę chleba z różnym „obkładem” – wędliną, żółtym serem i masłem.

W Turcji ta idea właściwie nie istnieje. Owszem, zwyczaje się zmieniają i sandwicze gdzieś tam są, ale to nie jest tak nagminne jak u nas. Tutaj raczej bierze się kawałek suchego chleba, którym nabiera się różne rzeczy z talerzyków rozłożonych na środku stołu. To jest właśnie kahvaltı, czyli tureckie śniadanie – rytuał polegający na dzieleniu się drobnymi przekąskami.

Turecki chleb ludowy, czyli sztuka taniego najedzenia się

Chleb w Turcji to raczej dodatek do posiłku niż jego baza. Te duże, białe bochny, które w Turcji często widzicie, to tzw. Halk ekmek, czyli dosłownie „chleb ludowy”. On z założenia musi być tani – to biała pszenna buła, nic „super hiper”, taki trochę „dopychacz”. Jak za mało zjedliśmy, możemy się tym chlebem dopchać, żeby nie czuć głodu. Nie mówię tu o kwestiach zdrowotnych, bo zdrowe to nie jest, ale tak to tutaj po prostu działa.

Co mnie zawsze uderzało od początku w Turcji? Że zamawiając w restauracji makaron, ryż czy inne danie węglowodanowe, i tak dostawałam koszyk chleba. Bo ten chleb jest po prostu tani i ma sycić niskim kosztem. Stąd ta nazwa – chleb ludowy, dostępny dla każdego, na którego stać każdego.

Białko: jogurt i strączki zamiast szynki

Jeśli w tureckim markecie zwracacie uwagę na wysokie ceny wędlin, to patrzycie w złym kierunku. Po pierwsze, na śniadanie wędlin się tu zazwyczaj nie jada. Wiedzą o tym ci, którzy przyjeżdżają do tureckich hoteli i narzekają, że wędliny na śniadanie są kiepskiej jakości i niesmaczne. Po pierwsze, nie spożywa się tu wieprzowiny – przynajmniej nie jest ona normalnie jedzona przez Turków. Po drugie, w ogóle nie ma zwyczaju jedzenia elementów mięsnych na śniadanie.

Raczej je się jajka, jajecznicę, ewentualnie sucuk, czyli aromatyczną kiełbaskę – choć ona też jest droższa, bo wszystkie produkty mięsne generalnie do tańszych nie należą. I to nie jest kwestia inflacji, tak było od zawsze. Nasze parówki o dobrym składzie trudno tu w ogóle znaleźć, bo to po prostu nie jest priorytet żywieniowy.

Jeśli chodzi o nabiał, u nas króluje żółty ser i biały twaróg. W Turcji biały twaróg jest trudno dostępny – choć teraz pojawił się w niektórych rejonach, na przykład u nas na Riwierze, gdzie jest dużo Rosjan i Ukraińców, którzy zaczęli produkować twarogi takie jak znamy z Polski, na sernik albo ze szczypiorkiem. Turcy sami jedzą twaróg raczej na słono, w ogóle dużo serów jest tu słonych. Ale to nie są gigantyczne ilości – nie kładzie się grubych plastrów na kanapki, raczej tym chlebkiem „ciapie” się po talerzykach i bierze mały kawałeczek żółtego albo białego sera.

Za to jogurt naturalny je się tutaj praktycznie codziennie i na kilogramy. Kupuje się go w wielkich wiaderkach, podobnie jak ayran w gigantycznych baniakach dla całej rodziny. To zwykły, niesłodzony, nieowocowy, gęsty turecki jogurt – nie żaden wysokobiałkowy skyr. Dodaje się go niemal do każdego posiłku, bo to kolejny element, którym „dobija” się jedzenie, żeby się najeść.

Strączki: prawdziwy fundament tureckiej kuchni

Nie doceniamy roli strączków, a Turcy jedzą ich bardzo duże ilości – wbrew obrazowi, że Turcja kebabem stoi i wszyscy jedzą kebaby na okrągło. To kompletnie tak nie wygląda. Mięso jest towarem raczej odświętnym, dla bogatszych albo raz w tygodniu. Podobnie ryby — zależnie od regionu, ale też nie je się ich mega dużo. Więcej je się właśnie strączków.

I tu znów wraca Święto Ofiarowania, przez które byliśmy na kempingu. Ono pięknie do tego nawiązuje. Ofiarne mięso jest wręczane osobom potrzebującym — taka jest tradycja i wręcz wymóg religijny. To nie jest tak, że Turcy siedzą i jedzą mięso od rana do nocy. Wszystko jest tak zorganizowane, że część zostawia się dla siebie, a pozostałe 2/3 mięsa oddaje się potrzebującym — rodzinie, znajomym, krewnym, pracownikom, zaprasza się ich na grilla, żeby najedli się tego mięsa.

Mięso kojarzy się więc z czymś odświętnym. Im biedniejsza i bardziej potrzebująca rodzina, tym rzadziej pojawia się na stole. Ale jej członkowie nie odczuwają braku, bo źródło białka znajdują gdzie indziej: w dużych ilościach jogurtu, w jajkach (często takich wiejskich) i właśnie w strączkach. Fasolka w sosie pomidorowym, ciecierzyca w sosie pomidorowym, zupa z soczewicy — to są bazowe produkty tureckiej kuchni. Kupuje się je często w formie suszonej, w dużych ilościach, i zawsze są w każdej szafie tureckiej gospodyni czy gospodarza.

Jak nie ma co jeść, robi się albo makaron z salçą (przecierem pomidorowym) – to chyba najbardziej low-costowy posiłek – albo sałatki z sezonowych warzyw. Strączki można dodatkowo wzbogacić mięsem: jeśli mamy jego kawałek, podsmaża się go i wkłada do potrawy. Ale chodzi o to, że być nie musi. Dlatego, o czym mało kto wie, bardzo dużo dań tureckiej kuchni jest wegetariańskich- na bazie jogurtu, strączków, z dużą ilością zieleniny, warzyw i przecieru pomidorowego. No i chleba oczywiście, dużo ryżu i makaronu, bo to produkty niedrogie.

Sezonowość i potęga zieleniny

Owoce je się tutaj w dużych ilościach, ale sezonowo – je się to, co akurat jest. Nie szukamy awokado, kiedy nie ma na nie sezonu, ani truskawek, kiedy truskawek nie ma. (Z bananami akurat dałam zły przykład, bo u nas w Alanyi są często.) Ten region jest tak obfity, klimat tak sprzyjający, że po prostu je się to, na co akurat jest sezon. Żyje się w sezonowym rytmie i siłą rzeczy wybiera produkty naturalnie tańsze. Nie kombinuje się z jedzeniem, nie szuka cudów-wianków – bierze się to, na co jest czas.

Jeśli chodzi o tłuszcze, to owszem masło i różne oleje, ale przede wszystkim oliwa z oliwek. Mówiliście, że oliwa jest droga – jak najbardziej. I używa się jej naprawdę dużo, także do smażenia, zamiast oleju rzepakowego czy słonecznikowego. Słonecznikowy do smażenia też się pojawia, nie powiem, ale dużo Turków ma nawyk sięgania po naturalną oliwę, która też daje sytość. Masło też ma tu duże znaczenie.

No i zielenina – coś, co tutaj jest naprawdę niedrogie. Taki pęczek gigantycznej rukoli… ja jem dużo zieleniny, więc w trzy dni zjadam pęczek – do śniadania codziennie wielką garść. Ale patrząc polskimi realiami, taki pęczek spokojnie starczyłby na tydzień, bo są one po prostu ogromne. Tak samo pietruszka, tak samo zielona cebulka – konsumuje się to w bardzo dużych ilościach.

Kultura dzielenia się: wspólny gar i tureckie śniadanie

Przypomnę rzecz, którą być może nie wszyscy znają – może kojarzycie ją z tureckich seriali. Chodzi o serpme kahvaltı, czyli śniadanie rozłożone na stole, które z założenia zakłada dzielenie się. Wyjmujemy z lodówki to, co mamy, kładziemy na małych talerzykach i każdy chlebkiem albo simitem (takim obwarzankiem) „ciap ciap ciap” bierze sobie tu kawałeczek, tam kawałeczek. Jesz różnorodnie — tu trochę dżemu, tam coś innego. Nie ma osobnego talerza dla każdego.

I w tym dzieleniu się jest pewne dobrodziejstwo. Gdyby to wszystko przełożyć każdemu na osobny talerz, mogłoby wyglądać ubogo albo mogłoby dla kogoś nie wystarczyć. A położone na środku wygląda bardzo obficie – samym widokiem już się człowiek najada. Każdy dokłada, co ma: dziesięć oliwek, trochę tego, trochę tamtego. I nawet śniadanie low-costowe, bez frykasów i super drogich składników, tak czy siak nasyci wszystkich.

Ta sama zasada działa przy obiedzie. Tureckie gotowanie opiera się na idei wspólnego gara. Nie gotuje się osobnych porcji, tylko jedną dużą potrawę, z której wszyscy wyjadają po trochu. Codzienne gotowanie dla dziesięciu osób jest trudne, jeśli mieszkają w osobnych mieszkaniach. Ale jeśli to dwie rodziny mieszkające w obrębie jednej dzielnicy, które często się widują – tak jak w mojej tureckiej rodzinie – to ktoś po prostu gotuje, często nawet nie zapraszając. Moja teściowa zawsze gotuje z zapasem, bo wie, że któreś z dzieci, które lubi jej jedzenie, na pewno wpadnie na kolację.

Co ciekawe, jak coś zostanie, zjada się to drugiego dnia, ale Turcy nie mają zwyczaju zamrażać potraw ani jeść tego samego przez kilka dni. Mam teorię, że to ze względu na klimat – w tym cieple wszystko szybko się psuje, więc bez skrupułów wyrzucają, co niestety prowadzi do marnowania jedzenia. To akurat niefajny zwyczaj. Ja te same produkty sobie mrożę i zjem za dwa tygodnie, a oni w tym czasie już to wyrzucają, bo uważają, że można się tym zatruć. Ale generalnie ta kuchnia jest szczodra, gościnna i łatwa do podzielenia – to nie są osobne steki, które każdy sobie usmaży, tylko gary, z których łatwiej się najeść i którymi łatwiej nakarmić wielu ludzi mniejszym kosztem.

Tradycja kontra supermarkety: jogurt prosto od mleczarza

Bardzo ważna sprawa: te markety pojawiły się w Turcji stosunkowo niedawno, jakieś 20–25 lat temu. Kiedy przyjechałam tu w 2005 roku, był już BIM, a Migros dopiero raczkował. Cała moda na bezobsługowe supermarkety dotarła tu trochę później niż do Polski. W związku z tym Turcy mieli zawsze swoje bardzo bazowe produkty, na których gotowali, i do dziś wiele osób kontynuuje tę tradycję. Mnóstwo rzeczy z marketów jest im po prostu zbędne – oni tego nie potrzebują.

Dużo kupuje się na zapas na bazarach albo od swoich dostawców. U kogoś bierze się oliwki, bo ma sad, u kogoś owoce, od kogoś zamawia się jajka, które ktoś przynosi do domu. Wszystko bardziej „od człowieka do człowieka”. Oczywiście, im więcej osób przeprowadza się ze wsi do miast, tym bardziej te kręgi się rozpadają i siłą rzeczy trzeba chodzić do marketów – ale zwyczaje żywieniowe w tej kwestii się nie zmieniły.

Czymś totalnie oczywistym jest, że wiele Turczynek – i to nie babcinek w chustkach, tylko nowoczesnych, pracujących kobiet z karierą zawodową – ma w tygodniowym rytmie samodzielne robienie jogurtu. Mają dostawcę mleka odpowiedniej rasy, najlepiej Jersey (teraz jest na nią moda, bo wychodzi z niej super jogurt). Po dzielnicy chodzi sütçü, czyli mleczarz, i przynosi mleko prosto do domu, w ilości, jaką pani sobie zażyczy. Ona z tego świeżego mleka robi jogurt, który idzie do wielkiego gara na cały tydzień. Wychodzi to dużo taniej niż kupowanie, jest zdrowsze i generuje mniej plastiku. Dla Turczynek to absolutny basic: robi się strączki, robi się zwykłą zupę, robi się jogurt – to tańsze i wcale nie takie trudne, po prostu tutaj normalne.

Życie w rytmie „od bazaru do bazaru”

Z tym wiążą się bazary. My w Polsce mamy ryneczki, które są codziennie. Tutaj bazary są bardzo ważnym elementem tureckiej kultury i działają inaczej: raz w tygodniu każda dzielnica ma swój lokalny bazar. To w większości ci sami sprzedawcy, którzy jeżdżą w obrębie miasta od dzielnicy do dzielnicy.

Mój dzień bazarowy to wtorek. Ci sami ludzie w środę są w Konaklı, w czwartek w Tosmur, w piątek w centrum Alanyi, w sobotę chyba znów po stronie Konaklı, a w niedzielę w centrum, ale po drugiej stronie. Mówię z głowy, więc może gdzieś się rąbnęłam, ale generalnie na tym to polega. W moim e-booku mam cały rozdział o bazarach i umieściłam tam nawet link do oficjalnej, rządowej listy bazarów w całej Turcji – można wpisać miasto i zobaczyć adres oraz dzień tygodnia.

To pewnego rodzaju stałość. Żyjesz pod to, że musisz wykończyć lodówkę, bo jutro jest bazar i trzeba zrobić miejsce na nowe. I tak się tu żyje – w rytmie od bazaru do bazaru. Oczywiście, jak ktoś pracuje i jest zajęty jak ja, to często o bazarze zapomina i nie zdąży zrobić zakupów. Ale ja nie jestem Turczynką i nie mam tego wdrukowanego od dziecka 🙂

Co ważne, na bazary chodzą też mężczyźni – to nie jest tak, że tylko kobiety. Trzeba przecież nosić, jest ciężko, dźwiga się siatki, więc bardzo często faceci są wysyłani na zakupy. To taka higiena tygodniowego odżywiania się: idzie się na bazar, gdzie są lokalne produkty, jest taniej i często prosto od dostawcy.

Kim są „wieśniacy” na bazarze?

To jest to, za co zawsze dostaję od Was „bęcki” — za używanie słowa „wieśniak”. Otóż Turcy nie uważają, że nazywanie kogoś wieśniakiem, czyli köylü, jest powodem do wstydu. Nie znajduję po polsku lepszego odpowiednika: köy to wieś, a -lü oznacza pochodzenie, czyli po prostu wieśniak. Nikt się tu za to nie obraża, bo to nie obelga. „Ty jesteś z miasta, a ty ze wsi” — kropka, bez żadnego wartościowania.

Na bazarach są więc sprzedawcy, którzy z tego żyją, tacy więksi „warzywniacy” o szerokim asortymencie, ale są też właśnie „wieśniacy” – ludzie sprzedający produkty z własnego ogrodu. Czasami jakieś babcie z ziółkami albo owocami z drzewa. To najtańsze i najłatwiej dostępne produkty.

Te bazary są u nas czynne od rana do wieczora – nie tak jak w wielu krajach, gdzie handluje się tylko do 14:00. Żeby skorzystali z nich też pracujący, działają od 8:00–9:00 aż do zmroku. Dopiero jak się ściemnia, sprzedawcy się składają i przejeżdżają na kolejne miejsce. To dużo lepszy sposób na tanie i dobre zakupy niż te „fancy” markety.

Podsumowanie: Turcja ma co jeść

Mam nadzieję, że ten wpis pomógł Wam nabrać szerszego obrazu tego, jak wygląda tutaj żywienie = i uwierzyć mi, że wysokie ceny w Migrosie wcale nie oznaczają, że Turcy nie mają co jeść. Mieszkam w jednym z bogatszych regionów Turcji, więc Migrosów i Carrefourów jest tu dużo. Są nawet droższe odsłony Migrosa (np. Macro), gdzie gdybym poszła z kamerą, to byście „odpadli” – ale to często produkty importowane, pod bardzo bogatych Turków albo obcokrajowców szukających tego, co znają. Ja sama czasem szukam tam niesłonego twarogu na sernik albo śmietany – rzeczy, których Turcy normalnie nie używają lub traktują jak świąteczny smakołyk.

Sezonowość, bazary, strączki i wspólne posiłki sprawiają, że codzienne życie wygląda tu zupełnie inaczej, niż sugerowałyby ceny w luksusowych marketach. Mimo szalejącej inflacji tureckie nawyki żywieniowe pozwalają mieszkańcom odżywiać się smacznie i stosunkowo niedrogo.

Jeśli planujecie swoją pierwszą podróż do Turcji, gorąco polecam mój e-book „Turcja?! Spokojnie, wszystko wyjaśnię”, w którym tłumaczę między innymi, jak odnaleźć się na bazarze i jak zorganizować cały wyjazd od A do Z — tam znajdziecie nawet wspomniany link do rządowej listy bazarów. A jeśli macie ochotę na więcej takich tureckich ciekawostek, zajrzyjcie do pozostałych materiałów albo na mojego Instagrama i Facebooka, gdzie pokazuję naszą turecką codzienność.

Jeśli macie jakieś pytania, śmiało piszcie w komentarzach!

Dziękuję za uwagę i do zobaczenia w kolejnym wpisie. Görüşürüz!

Picture of Agata

Agata

Od 20 lat mieszkam i pracuję w Turcji, w śródziemnomorskiej Alanyi. Jestem pilotką wycieczek, blogerką, youtuberką, pisarką, magistrem kulturoznawstwa. Dzięki mojej działalności tysiące Polaków zachwyciło się Turcją, pozbyło obaw i stereotypów o tym kraju. Od 14 lat współprowadzę biuro podróży alanyaonline.pl

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *